Między Galicją a Królestwem

Młodość i pierwsze sekrety (1825–1856)

Roman Jan Broczkowski przyszedł na świat 18 czerwca 1825 roku w Szczurowej, jako syn rządcy majątku Józefa i Barbary z Głodowskich. Losy rzuciły go do Tarnowa, gdzie u progu dorosłości uczył się fachu kominiarskiego. Choć oficjalnie ustatkował się dopiero po trzydziestce, jego młodość kryła obyczajowe tajemnice.
Na przełomie lat 40. i 50. XIX wieku na tarnowskim przedmieściu Zabłocie urodziło się dwóch jego nieślubnych synów: Konstanty Zygmunt (1849) oraz Wilhelm Seweryn (1850). Roman zachował się jednak honorowo – osobiście stawił się przed ołtarzem, uznając ojcostwo obu chłopców przed proboszczem i świadkami, wśród których znaleźli się jego koledzy po fachu, tarnowscy kominiarze.

Gdy w marcu 1849 roku rodził się pierwszy nieślubny syn, Roman miał niespełna 24 lata (urodził się w czerwcu 1825). Według austriackiego kodeksu ABGB Roman był wtedy w świetle prawa osobą małoletnią (granica wieku wynosiła pełne 24 lata). Bez podpisu i zgody swojego ojca Józefa nie miał żadnej możliwości wzięcia ślubu z Antoniną Serednicką. 
Rządca dóbr ziemskich stał w hierarchii społecznej wyżej niż rzemieślnik-szewc. Ojciec Romana mógł kategorycznie sprzeciwić się ślubowi syna z dziewczyną z niższej warstwy społecznej, odcinając go od wsparcia finansowego.
Drugi syn. Roman osiągnął już pełnoletność, jednak na przeszkodzie stanęły drakońskie austriackie „przepisy ubóstwa” (brak stałego majątku i własnej koncesji mistrzowskiej) oraz potencjalny, dalszy silny nacisk i sprzeciw rodziny (ojca) 
Przed wejściem w życie Ustawy Przemysłowej z 1859 roku, młody czeladnik kominiarski (a nim był wtedy Roman) nie mógł otworzyć własnego warsztatu ani legalnie zakładać rodziny, dopóki nie zdobył tytułu mistrza i nie został przyjęty do cechu. Ślub bez stałego, cechowego źródła dochodu oznaczałby dla młodych skrajną nędzę. Roman po prostu nie był w stanie utrzymać żony.
W latach 1849–1850 Roman dopiero uczył się rzemiosła i był młodszym pracownikiem (czeladnikiem). Ówczesne stare przepisy cechowe w Tarnowie zabraniały czeladnikom zakładania rodzin i żenienia się, dopóki nie zdobędą tytułu mistrza i nie wykażą się stałym dochodem gwarantującym utrzymanie żony. Gdyby Roman wziął ślub wbrew cechowi, zostałby wyrzucony z zawodu, co skazałoby całą trójkę na nędzę. 

Roman postąpił nietypowo jak na tamte czasy – nie odciął się od przeszłości. Zamiast porzucić synów, stawił się w tarnowskim kościele i w obecności swoich kolegów-kominiarzy oficjalnie uznał chłopców za własnych, co dało im prawo do noszenia jego nazwiska i otworzyło drogę do legalnego dziedziczenia oraz nauki zawodu.

Małżeństwo i życie w Królestwie (1857–1862)

Prawdziwy zwrot w jego życiu nastąpił w czerwcu 1857 roku. Jako 32-letni, dojrzały mężczyzna o wyrazistej powierzchowności (średni wzrost, pociągła twarz, ciemnoblond włosy, szare oczy i jasne wąsy), Roman ożenił się w Zamościu z zaledwie 16-letnią Teofilą Przybylską. Ponieważ rodzina Teofili mieszkała w Królestwie Polskim (pod zaborem rosyjskim), Roman przeniósł się do żony.
Ślub z córką zamojskiego obywatela i wejście w tamtejsze środowisko było dla niego szansą na awans społeczny i finansowy, otwierający mu drzwi do intratnej pracy jako kominiarz w Królestwie Polskim. Antonina, jako panna z dwójką nieślubnych dzieci w konserwatywnym Tarnowie, mogła już wtedy nie być dla niego „atrakcyjną partią” w sensie budowania pozycji materialnej
Ślub z Teofilą Przybylską w 1857 roku w Zamościu ostatecznie ugruntował jego pozycję. Żeniąc się z córką zamojskiego obywatela, Roman zyskiwał lokalne poręczenie majątkowe i społeczne. Dla carskiej administracji przestał być „wędrownym czeladnikiem”, a stał się statecznym rzemieślnikiem z lokalnymi powiązaniami rodzinnymi, co zdejmowało z niego większość podejrzeń i barier biurokratycznych.
Wszystko to funkcjonowało bezbłędnie i legalnie aż do 1863 roku. Wybuch powstania styczniowego sprawił, że administracja rosyjska zaczęła masowo rewidować status obcokrajowców i traktować ich jak potencjalnych szpiegów lub emisariuszy, co doprowadziło do aresztowania i przymusowego wydalenia Romana z kraju.

Małżonkowie na kilka lat osiedli w tych rejonach – najpierw mieszkali w Chełmie, a od 1859 roku w Krasnymstawie. To tam na świat przychodziły ich pierwsze dzieci: Jan, Konstanty, Emilia Lucyna oraz Waleria. Roman, jako obcy poddany (Austriak), legalnie pracował w Królestwie jako kominiarz.
Obywatele państw ościennych (Austrii i Prus) mogli legalnie wjechać do Królestwa Polskiego na podstawie paszportu wydanego przez swoje władze, który po przekroczeniu granicy należało zarejestrować w lokalnym urzędzie (np. w Zamościu czy Krasnymstawie). Obcokrajowiec otrzymywał tzw. bilet legitymacyjny lub kartę stałego pobytu, która pozwalała mu na legalne mieszkanie i zarejestrowanie działalności.
Rząd carski w tamtym okresie (lata 40. i 50. XIX wieku) prowadził intensywną politykę ściągania wykwalifikowanych rzemieślników z Zachodu i Galicji
Cudzoziemcy mieli prawo wstępować do lokalnych cechów lub rejestrować zgromadzenia rzemieślnicze na takich samych (lub bardzo podobnych) prawach jak poddani carscy, o ile wykazali się legalnymi papierami czeladniczymi lub mistrzowskimi ze swojego kraju. Roman takie dokumenty z Tarnowa posiadał.

Powstańczy zryw i dyplomatyczna tarcza (1863–1865)

W 1863 roku w Królestwie Polskim wybucha powstanie styczniowe. Roman angażuje się w pomoc powstańcom walczącym z caratem, przez co wpada na celownik rosyjskiej administracji Guberni Lubelskiej. To w tym momencie jego austriackie obywatelstwo okazuje się polisą na życie. Władze carskie, zamiast skazać go na Sybir, urzędowo odnotowują jego udział w „wynikłych w kraju nieporządkach” i wydają rozkaz natychmiastowego, przymusowego wydalenia go za granicę.
Roman zostaje odstawiony na kordon i przekazany władzom austriackim. Te, by zachować pozory dyplomatycznej przyzwoitości wobec Rosji, aresztują go w Galicji na kilka dni lub tygodni. Dla Romana to jednak znikoma cena za ocalenie życia. Cenę płaci jednak rodzina – żona Teofila z trójką małych dzieci zostaje sama w Zamościu, chroniąc się u swoich rodziców, podczas gdy zmuszony do ucieczki Roman zostaje w Galicji bez stałego zajęcia.

Walka o koncesję i rozdarta rodzina (1866–1872)

Roman doskonale rozumie, że aby ściągnąć rodzinę z powrotem do siebie, musi zdobycie legalne źródło dochodu w Galicji. Rozpoczyna starania o rygorystycznie reglamentowaną przez cesarskie prawo koncesję kominiarską. Przez długie miesiące żyje w rozkroku: mieszka i stara się o dokumenty w Galicji, ale w tym czasie potajemnie dojeżdża do żony i dzieci do Zamościa (mimo carskiego zakazu wjazdu). Przełom następuje wiosną 1866 roku – Namiestnictwo w Krakowie wydaje mu oficjalny dekret przyznający upragnioną koncesję kominiarską oraz rejon na wyłączność.
Tarnowski notariusz Bronisław Ramult za 50 krajcarów (wtedy dwie dniówki pracownika fizycznego) poświadcza tłumaczenie tego dekretu na język polski.
Po uzyskaniu tego dokumentu i okazaniu go w magistracie Roman nareszcie
oficjalnie przenosi żonę i dzieci do Galicji, osadzając ich na tarnowskim przedmieściu Strusina, gdzie na świat przychodzi córka Leokadia. Jednak walka o byt materialny nie pozwala mu osiąść w miejscu. Pod koniec lat 60. Roman znów regularnie krąży zawodowo między Lwowem a Zamościem. Gdy w Zamościu rodzą się i umierają jego kolejne dzieci (Stanisław, Tadeusz Roman, Aniela), Romana często nie ma fizycznie na miejscu – metryki chrztów odnotowują go jako „nieobecnego”, pracującego jako kominiarz w Zamościu lub w Galicji. To rozdarcie między dwoma zaborami towarzyszy mu przez kolejne lata.

Wsparcie teściów: W Zamościu Teofila miała dom rodziców, rodzeństwo i całe zaplecze rodzinne. Gdy Roman był w trasie, młoda żona z małą armią dzieci nie była sama – miała tam darmową pomoc i bezpieczny dach nad głową. 
Zgodnie z dokumentem z guberni lubelskiej z lata 1863 roku, Roman został oficjalnie i z rozkazu wyższego wykluczony i wydalony z Królestwa Polskiego. Rosyjska straż graniczna i policja miały obowiązek natychmiast go zaaresztować i odstawić na granicę, gdyby tylko legalnie spróbował przekroczyć kordon. Każdy jego powrót do Zamościa do żony i dzieci po 1863 roku musiał być nielegalny, potajemny i wiązał się z ogromnym ryzykiem. Nie mógł tam po prostu mieszkać na stałe i prowadzić otwartego biznesu. 

Cesarska koncesja kominiarska, którą Roman z takim trudem wywalczył w Krakowie w 1866 roku, była ogromnym przywilejem, ale i potężnym zobowiązaniem. Jak wspominaliśmy wcześniej, austriacka Ustawa Przemysłowa z 1859 roku nakładała na koncesjonowanego kominiarza obowiązek osobistego zarządzania powierzonym rejonem.
    • Gdyby Roman porzucił swój galicyjski rejon (np. Tarnów czy Lwów) i siedział w Królestwie, władze austriackie natychmiast odebrałyby mu koncesję za nienależyte wywiązywanie się z obowiązków (Koncesja dawała stały i pewny zysk, więc Roman musiał fizycznie pilnować swojego galicyjskiego interesu, żeby rodzina w Zamościu miała z czego żyć.)

Ostatni przystanek w Jaworowie (1873–1875)

Ostatecznym, bezpiecznym domem dla rodziny staje się Jaworów w Galicji (na zachód od Lwowa), gdzie Broczkowscy przenoszą się na stałe około 1873 roku. Tam rodzi się syn Stanisław Tadeusz, ale tam też na rodzinę spadają bolesne ciosy – śmierć małej Teofili Teodozji oraz nowo narodzonej Józefy.
Roman najpewniej maksymalizował zyski: zarabiał legalnie w Galicji, po czym ryzykując aresztowaniem, przedostawał się przez granicę, by przywieźć Teofili austriackie krajcary i spędzić z nią trochę czasu (czego dowodem są kolejne ciąże i chrzty w Zamościu).
Dopiero około 1873 roku, gdy Roman prawdopodobnie rzucił całkowicie niebezpieczną "partyzantkę" w Królestwie i ustatkował się na stałym, dobrze prosperującym rejonie w Jaworowie koło Lwowa, był w stanie ostatecznie zabrać Teofilę i dzieci do siebie pod bezpieczny, austriacki dach.
Wyczerpany trudami życia, ciągłymi podróżami między zaborami i pracą w dymie, Roman Jan Broczkowski umiera w Jaworowie 31 października 1875 roku w wieku zaledwie 50 lat. Zostawia po sobie żonę Teofilę, która po jego śmierci wraca w rodzinne strony i przeżyje go o blisko pół wieku. Spocznie na zamojskim cmentarzu do końca swoich dni nosząc pamięć o swoim mężu – austriackim kominiarzu, który dla rodziny i ojczyzny ryzykował życie po obu stronach granicy.