Między Galicją a Królestwem

Młodość i pierwsze sekrety (1825–1856)

Roman Jan Broczkowski przyszedł na świat 18 czerwca 1825 roku w Szczurowej, jako syn rządcy majątku Józefa i Barbary z Głodowskich. Losy rzuciły go do Tarnowa, gdzie u progu dorosłości uczył się fachu kominiarskiego. Choć oficjalnie ustatkował się dopiero po trzydziestce, jego młodość kryła obyczajowe tajemnice.
Na przełomie lat 40. i 50. XIX wieku na tarnowskim przedmieściu Zabłocie urodziło się dwóch jego nieślubnych synów: Konstanty Zygmunt (1849) oraz Wilhelm Seweryn (1850). Roman zachował się jednak honorowo – osobiście stawił się przed ołtarzem, uznając ojcostwo obu chłopców przed proboszczem i świadkami, wśród których znaleźli się jego koledzy po fachu, tarnowscy kominiarze.

Gdy w marcu 1849 roku rodził się pierwszy nieślubny syn, Roman miał niespełna 24 lata (urodził się w czerwcu 1825). Według austriackiego kodeksu ABGB Roman był wtedy w świetle prawa osobą małoletnią (granica wieku wynosiła pełne 24 lata). Bez podpisu i zgody swojego ojca Józefa nie miał żadnej możliwości wzięcia ślubu z Antoniną Serednicką. 
Rządca dóbr ziemskich stał w hierarchii społecznej wyżej niż rzemieślnik-szewc. Ojciec Romana mógł kategorycznie sprzeciwić się ślubowi syna z dziewczyną z niższej warstwy społecznej, odcinając go od wsparcia finansowego.
Drugi syn. Roman osiągnął już pełnoletność, jednak na przeszkodzie stanęły drakońskie austriackie „przepisy ubóstwa” (brak stałego majątku i własnej koncesji mistrzowskiej) oraz potencjalny, dalszy silny nacisk i sprzeciw rodziny (ojca) 
Przed wejściem w życie Ustawy Przemysłowej z 1859 roku, młody czeladnik kominiarski (a nim był wtedy Roman) nie mógł otworzyć własnego warsztatu ani legalnie zakładać rodziny, dopóki nie zdobył tytułu mistrza i nie został przyjęty do cechu. Ślub bez stałego, cechowego źródła dochodu oznaczałby dla młodych skrajną nędzę. Roman po prostu nie był w stanie utrzymać żony.
W latach 1849–1850 Roman dopiero uczył się rzemiosła i był młodszym pracownikiem (czeladnikiem). Ówczesne stare przepisy cechowe w Tarnowie zabraniały czeladnikom zakładania rodzin i żenienia się, dopóki nie zdobędą tytułu mistrza i nie wykażą się stałym dochodem gwarantującym utrzymanie żony. Gdyby Roman wziął ślub wbrew cechowi, zostałby wyrzucony z zawodu, co skazałoby całą trójkę na nędzę. 

Roman postąpił nietypowo jak na tamte czasy – nie odciął się od przeszłości. Zamiast porzucić synów, stawił się w tarnowskim kościele i w obecności swoich kolegów-kominiarzy oficjalnie uznał chłopców za własnych, co dało im prawo do noszenia jego nazwiska i otworzyło drogę do legalnego dziedziczenia oraz nauki zawodu.

Małżeństwo i życie w Królestwie (1857–1862)

Prawdziwy zwrot w jego życiu nastąpił w czerwcu 1857 roku. Jako 32-letni, dojrzały mężczyzna o wyrazistej powierzchowności (średni wzrost, pociągła twarz, ciemnoblond włosy, szare oczy i jasne wąsy), Roman ożenił się w Zamościu z zaledwie 16-letnią Teofilą Przybylską. Ponieważ rodzina Teofili mieszkała w Królestwie Polskim (pod zaborem rosyjskim), Roman przeniósł się do żony.
Ślub z córką zamojskiego obywatela i wejście w tamtejsze środowisko było dla niego szansą na awans społeczny i finansowy, otwierający mu drzwi do intratnej pracy jako kominiarz w Królestwie Polskim. Antonina, jako panna z dwójką nieślubnych dzieci w konserwatywnym Tarnowie, mogła już wtedy nie być dla niego „atrakcyjną partią” w sensie budowania pozycji materialnej
Ślub z Teofilą Przybylską w 1857 roku w Zamościu ostatecznie ugruntował jego pozycję. Żeniąc się z córką zamojskiego obywatela, Roman zyskiwał lokalne poręczenie majątkowe i społeczne. Dla carskiej administracji przestał być „wędrownym czeladnikiem”, a stał się statecznym rzemieślnikiem z lokalnymi powiązaniami rodzinnymi, co zdejmowało z niego większość podejrzeń i barier biurokratycznych.
Wszystko to funkcjonowało bezbłędnie i legalnie aż do 1863 roku. Wybuch powstania styczniowego sprawił, że administracja rosyjska zaczęła masowo rewidować status obcokrajowców i traktować ich jak potencjalnych szpiegów lub emisariuszy, co doprowadziło do aresztowania i przymusowego wydalenia Romana z kraju.

Małżonkowie na kilka lat osiedli w tych rejonach – najpierw mieszkali w Chełmie, a od 1859 roku w Krasnymstawie. To tam na świat przychodziły ich pierwsze dzieci: Jan, Konstanty, Emilia Lucyna oraz Waleria. Roman, jako obcy poddany (Austriak), legalnie pracował w Królestwie jako kominiarz.
Obywatele państw ościennych (Austrii i Prus) mogli legalnie wjechać do Królestwa Polskiego na podstawie paszportu wydanego przez swoje władze, który po przekroczeniu granicy należało zarejestrować w lokalnym urzędzie (np. w Zamościu czy Krasnymstawie). Obcokrajowiec otrzymywał tzw. bilet legitymacyjny lub kartę stałego pobytu, która pozwalała mu na legalne mieszkanie i zarejestrowanie działalności.
Rząd carski w tamtym okresie (lata 40. i 50. XIX wieku) prowadził intensywną politykę ściągania wykwalifikowanych rzemieślników z Zachodu i Galicji
Cudzoziemcy mieli prawo wstępować do lokalnych cechów lub rejestrować zgromadzenia rzemieślnicze na takich samych (lub bardzo podobnych) prawach jak poddani carscy, o ile wykazali się legalnymi papierami czeladniczymi lub mistrzowskimi ze swojego kraju. Roman takie dokumenty z Tarnowa posiadał.

Powstańczy zryw i dyplomatyczna tarcza (1863–1865)

W 1863 roku w Królestwie Polskim wybucha powstanie styczniowe. Roman angażuje się w pomoc powstańcom walczącym z caratem, przez co wpada na celownik rosyjskiej administracji Guberni Lubelskiej. To w tym momencie jego austriackie obywatelstwo okazuje się polisą na życie. Władze carskie, zamiast skazać go na Sybir, urzędowo odnotowują jego udział w „wynikłych w kraju nieporządkach” i wydają rozkaz natychmiastowego, przymusowego wydalenia go za granicę.
Roman zostaje odstawiony na kordon i przekazany władzom austriackim. Te, by zachować pozory dyplomatycznej przyzwoitości wobec Rosji, aresztują go w Galicji na kilka dni lub tygodni. Dla Romana to jednak znikoma cena za ocalenie życia. Cenę płaci jednak rodzina – żona Teofila z trójką małych dzieci zostaje sama w Zamościu, chroniąc się u swoich rodziców, podczas gdy zmuszony do ucieczki Roman zostaje w Galicji bez stałego zajęcia.

Walka o koncesję i rozdarta rodzina (1866–1872)

Roman doskonale rozumie, że aby ściągnąć rodzinę z powrotem do siebie, musi zdobycie legalne źródło dochodu w Galicji. Rozpoczyna starania o rygorystycznie reglamentowaną przez cesarskie prawo koncesję kominiarską. Przez długie miesiące żyje w rozkroku: mieszka i stara się o dokumenty w Galicji, ale w tym czasie potajemnie dojeżdża do żony i dzieci do Zamościa (mimo carskiego zakazu wjazdu). Przełom następuje wiosną 1866 roku – Namiestnictwo w Krakowie wydaje mu oficjalny dekret przyznający upragnioną koncesję kominiarską oraz rejon na wyłączność.
Tarnowski notariusz Bronisław Ramult za 50 krajcarów (wtedy dwie dniówki pracownika fizycznego) poświadcza tłumaczenie tego dekretu na język polski.
Po uzyskaniu tego dokumentu i okazaniu go w magistracie Roman nareszcie
oficjalnie przenosi żonę i dzieci do Galicji, osadzając ich na tarnowskim przedmieściu Strusina, gdzie na świat przychodzi córka Leokadia. Jednak walka o byt materialny nie pozwala mu osiąść w miejscu. Pod koniec lat 60. Roman znów regularnie krąży zawodowo między Lwowem a Zamościem. Gdy w Zamościu rodzą się i umierają jego kolejne dzieci (Stanisław, Tadeusz Roman, Aniela), Romana często nie ma fizycznie na miejscu – metryki chrztów odnotowują go jako „nieobecnego”, pracującego jako kominiarz w Zamościu lub w Galicji. To rozdarcie między dwoma zaborami towarzyszy mu przez kolejne lata.

Wsparcie teściów: W Zamościu Teofila miała dom rodziców, rodzeństwo i całe zaplecze rodzinne. Gdy Roman był w trasie, młoda żona z małą armią dzieci nie była sama – miała tam darmową pomoc i bezpieczny dach nad głową. 
Zgodnie z dokumentem z guberni lubelskiej z lata 1863 roku, Roman został oficjalnie i z rozkazu wyższego wykluczony i wydalony z Królestwa Polskiego. Rosyjska straż graniczna i policja miały obowiązek natychmiast go zaaresztować i odstawić na granicę, gdyby tylko legalnie spróbował przekroczyć kordon. Każdy jego powrót do Zamościa do żony i dzieci po 1863 roku musiał być nielegalny, potajemny i wiązał się z ogromnym ryzykiem. Nie mógł tam po prostu mieszkać na stałe i prowadzić otwartego biznesu. 

Cesarska koncesja kominiarska, którą Roman z takim trudem wywalczył w Krakowie w 1866 roku, była ogromnym przywilejem, ale i potężnym zobowiązaniem. Jak wspominaliśmy wcześniej, austriacka Ustawa Przemysłowa z 1859 roku nakładała na koncesjonowanego kominiarza obowiązek osobistego zarządzania powierzonym rejonem.
    • Gdyby Roman porzucił swój galicyjski rejon (np. Tarnów czy Lwów) i siedział w Królestwie, władze austriackie natychmiast odebrałyby mu koncesję za nienależyte wywiązywanie się z obowiązków (Koncesja dawała stały i pewny zysk, więc Roman musiał fizycznie pilnować swojego galicyjskiego interesu, żeby rodzina w Zamościu miała z czego żyć.)

Ostatni przystanek w Jaworowie (1873–1875)

Ostatecznym, bezpiecznym domem dla rodziny staje się Jaworów w Galicji (na zachód od Lwowa), gdzie Broczkowscy przenoszą się na stałe około 1873 roku. Tam rodzi się syn Stanisław Tadeusz, ale tam też na rodzinę spadają bolesne ciosy – śmierć małej Teofili Teodozji oraz nowo narodzonej Józefy.
Roman najpewniej maksymalizował zyski: zarabiał legalnie w Galicji, po czym ryzykując aresztowaniem, przedostawał się przez granicę, by przywieźć Teofili austriackie krajcary i spędzić z nią trochę czasu (czego dowodem są kolejne ciąże i chrzty w Zamościu).
Dopiero około 1873 roku, gdy Roman prawdopodobnie rzucił całkowicie niebezpieczną "partyzantkę" w Królestwie i ustatkował się na stałym, dobrze prosperującym rejonie w Jaworowie koło Lwowa, był w stanie ostatecznie zabrać Teofilę i dzieci do siebie pod bezpieczny, austriacki dach.
Wyczerpany trudami życia, ciągłymi podróżami między zaborami i pracą w dymie, Roman Jan Broczkowski umiera w Jaworowie 31 października 1875 roku w wieku zaledwie 50 lat. Zostawia po sobie żonę Teofilę, która po jego śmierci wraca w rodzinne strony i przeżyje go o blisko pół wieku. Spocznie na zamojskim cmentarzu do końca swoich dni nosząc pamięć o swoim mężu – austriackim kominiarzu, który dla rodziny i ojczyzny ryzykował życie po obu stronach granicy. 

Zakępscy - Filipina Eleonora i Marcin

 

Teczka nr 5088: pokój numer 50

Pod szewskim kopytem (Warszawa 1891–1910)

Wrześniowa niedziela 1891 roku w Warszawie była pogodna i słoneczna. Wprawdzie rosyjski zaborca używał kalendarza juliańskiego, według którego wypadał wtedy wtorek, ale Polacy żyli własnym rytmem. Późnym popołudniem do kościoła pw. Matki Bożej Loretańskiej na Pradze zbliżał się mały orszak weselny.

Panu młodemu towarzyszyli tylko siostra oraz koledzy po fachu – tak jak on, szewcy. Rodzice nie zdołali przyjechać z jego rodzinnej Stężycy nad Wisłą. Panna młoda przyszła z matką, ponieważ jej ojciec już nie żył. Mogła jednak liczyć na wsparcie trzech braci: kolejarza oraz dwóch rzeźników. Matka dziewczyny ze wzruszeniem rozglądała się po wnętrzu świątyni, w której trzy dekady wcześniej sama stała przed ołtarzem. Trzydziestoletni Marcin Zakępski, mężczyzna o silnych, urobionych rękach, wsunął obrączkę na palec dziewiętnastoletniej Filipiny Eleonory. Byli młodzi, pełni nadziei i gotowi na wspólne życie.

Warszawa przełomu wieków była miastem kontrastów. Eleganckie salony sąsiadowały tu z nędznymi, robotniczymi czynszówkami, w których rodził się bunt. Marcin od początku angażował się w walkę o prawa robotnicze i sprawiedliwość społeczną; o wolności ojczyzny myślał wtedy mniej.

W ich małym mieszkaniu na Pradze szybko zrobiło się za ciasno. Jako pierwsza na świat przyszła Eugenia. Gdy Filipina spodziewała się kolejnego dziecka, rodzina mieszkała już po drugiej stronie Wisły. W parafii św. Trójcy na Solcu małżonkowie ochrzcili kolejne dzieci: Michalinę, Bolesława i Felicję.Marcin, choć codziennie pochylał się nad szewskim kopytem, szyjąc i naprawiając buty, myślami był gdzie indziej. W płatach garbowanej skóry i pojemnikach z klejem ukrywał ulotki Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL). Zakład szewski stanowił idealną przykrywkę dla podziemnej działalności. Stukot młotka zagłuszał rozmowy o rewolucji i obaleniu cara. Marcin zaangażował się w konspirację, pomagał organizować manifestacje w 1905 roku i kolportował nielegalną prasę.Wszystko zmieniło się w 1910 roku. Nagły łomot do drzwi, carscy żandarmi, rewizja i krzyk przerażonych dzieci zakończyły ten etap ich życia. Marcin został aresztowany. 

Droga na kraniec świata (Syberia, 1911–1919)Proces w 1911 roku był krótki. Wyrok brzmiał: osiem lat ciężkiego więzienia za udział w spisku dążącym do obalenia ustroju państwa oraz za udział w strajkach w latach 1905–1907. Carska łaska zamieniła jednak katorgę na bezterminowe osiedlenie na Syberii. Po roku spędzonym w dusznej celi X pawilonu warszawskiej Cytadeli Marcin ruszył w drogę do guberni irkuckiej. Na Dworcu Petersburskim (dzisiejszy Dworzec Wileński) wraz z kilkuset innymi więźniami został umieszczony w wagonach typu „stołypinka”, w których przedziały były odizolowane od korytarza strażników grubymi kratami.

Trasa wiodła przez Moskwę i tamtejsze więzienie Butyrki, a następnie przez Samarę, Ufę, Czelabińsk – zwany wrotami Syberii – aż do Irkucka. W więzieniach etapowych skazańcy spędzali od kilku dni do kilku tygodni w zatłoczonych celach, czekając na sformowanie kolejnego pociągu jadącego na wschód. Podróż z Warszawy do Irkucka trwała zazwyczaj od sześciu do dziesięciu tygodni.

Z Irkucka Marcin i inni zesłańcy kierowani nad Lenę i Witim musieli pokonać ostatni, najtrudniejszy odcinek. Więźniów pędzono Traktem Jakuckim na północ, do przystani rzecznej w Kaczugu lub Ust-Kucie. Stamtąd wiosną lub latem ładowano ich na ogromne, drewniane barki, zwane pauzkami, które prąd rzeki niósł w stronę Jakucji. W ten sposób transporty docierały bezpośrednio do osady Witim. Zimą ten sam odcinek pokonywano saniami po zamarzniętym korycie rzeki.

Filipina została w Warszawie sama z dziećmi. Najstarsza córka, Eugenia, w 1912 roku była już mężatką i pracowała jako krawcowa, ale jej własna skromna pensja nie pozwalała na wsparcie matki. Filipina słała do władz rozpaczliwe prośby i w końcu dopięła swego. Gubernator wydał zgodę, by dołączyła do transportu zesłańców i zamieszkała z mężem. W „Gazecie Porannej 2 Grosze” z marca 1913 roku ukazało się ogłoszenie informujące, że Zakępska z czworgiem dzieci zostanie przesłana etapem do Irkucka na koszt skarbu państwa. Dzieci było czworo, ponieważ choć Eugenia została w Warszawie, na świat przyszła najmłodsza córka, Irena.

Filipina spakowała skromny dobytek, wzięła za ręce Michalinę, Bolesława oraz czteroletnią Felicję, przytuliła niemowlę i ruszyła w drogę. Jechały tygodniami pociągami dla skazańców, cierpiąc głód. Zgodnie z przepisami kolejowymi przysługiwało im dziennie niespełna kilogram ciężkiego chleba, sól i wrzątek. Poza tym otrzymywały od 10 do 15 kopiejek diety dziennej, za które na stacjach kupowały mleko, słoninę, warzywa i prasowaną herbatę w kostkach. Ciepłą strawę, najczęściej kapuśniak lub kaszę, dostawały tylko w więzieniach etapowych.

W końcu Filipina dotarła do męża, do osady Witim nad potężną Leną. W surowym klimacie, gdzie temperatura zimą spadała poniżej minus 45 stopni Celsjusza, rodzina znowu była razem. Marcin utrzymywał bliskich, naprawiając buty miejscowym Jakutom oraz licznym polskim zesłańcom. W chatach pachnących cedrowym drewnem rzemiosło pozwoliło im przetrwać kolejne lata, wybuch wielkiej wojny oraz upadek caratu w 1917 roku.

Czerwona Moskwa i powrót do Warszawy (1919–1926)

Po rewolucji 1917 roku dawny porządek przestał istnieć. Dla radykałów i dawnych działaczy podziemia, takich jak Marcin, otworzyły się nowe możliwości. W 1919 roku wstąpił do partii bolszewickiej. Rodzina opuściła Syberię i przeniosła się do Moskwy, która stała się nową stolicą radzieckiego państwa. Do nowego domu nie dotarli jednak w pełnym składzie – najmłodsza córka, Irena, zmarła jeszcze przed opuszczeniem Syberii.

Jako zasłużony robotnik i konspirator Marcin otrzymał pracę oraz przydział kwatery w Centralnym Klubie Polskim, mieszczącym się przy Zaułku Milutińskim 18. W tamtym okresie Moskwa zmagała się z głodem i kryzysem mieszkaniowym, a dawne czynszówki masowo zamieniano na przeludnione mieszkania komunalne – tak zwane komunałki. W tych surowych realiach gmach przy Zaułku Milutińskim, dawna siedziba polskiego Towarzystwa Dobroczynności, oferował Zakępskim warunki wręcz luksusowe. Marcin nie tylko tam mieszkał, ale i pracował, dbając o codzienne funkcjonowanie ośrodka. Córki Michalina i Felicja mogły regularnie chodzić do szkoły. Z kolei syn Bolesław, w latach 1921–1922, przez czternaście miesięcy uczył się w szkole oficerskiej Armii Czerwonej.

Sam budynek tętnił życiem i był rewolucyjnym tyglem. W gmachu nieustannie organizowano wiece, działała tu komunistyczna biblioteka, czytelnia, stołówka oraz teatr robotniczy, a korytarze pełne były kurierów, agitatorów i uchodźców z ziem polskich.

Mimo stabilizacji i wysokiej pozycji społecznej, tęsknota za krajem oraz pozostawioną w Warszawie najstarszą córką, Eugenią, okazała się silniejsza. W 1922 roku spakowali walizki i wraz z Michaliną, Bolesławem i Felicją ruszyli w drogę powrotną do niepodległej Drugiej Rzeczypospolitej.

Rzeczywistość w Warszawie okazała się jednak trudna. Dla polskich urzędników dawny działacz SDKPiL, którego syn spędził ponad rok w bolszewickiej szkole oficerskiej, był człowiekiem skrajnie podejrzanym. 
Marcin zmagał się z nieufnością otoczenia, brakiem stałego zarobku i pogarszającym się zdrowiem. Po czterech latach stawiania czoła ubóstwu, w 1926 roku małżonkowie podjęli decyzję o powrocie do Związku Radzieckiego. Czekały tam na nich gwarantowane przez państwo przywileje, bezpieczne lokum oraz specjalna emerytura dla zasłużonych rewolucjonistów. Państwo Zakępscy wyjechali do Moskwy na zawsze.

Ostatnia kwatera

Powrót do Moskwy był początkiem ostatniego rozdziału. Marcin miał sześćdziesiąt sześć lat. Czas spędzony w carskich więzieniach i surowy, syberyjski klimat bezpowrotnie odebrały mu zdrowie. Lekarze z Gubernialnego Biura Ekspertyzy Lekarskiej stwierdzili u niego uwiąd starczy, zaawansowaną miażdżycę tętnic, zaleczoną gruźlicę oraz postępującą ślepotę prawego oka. Urzędnicy uznali go za inwalidę drugiej grupy, odnotowując w aktach: „Z powodu starości i choroby niezdolny do pracy”.

Państwo pamiętało jednak o jego dawnych zasługach. Towarzystwo Katorżników wywalczyło dla niego prestiżową rentę personalną – początkowo wynoszącą 75, a z czasem 150 rubli. Było to świadczenie wyjątkowe, jako że przeciętna radziecka emerytura robotnicza wynosiła wtedy zaledwie 30–40 rubli. Jako członek Towarzystwa, Marcin zyskał też prawo do bezpłatnych leków, opieki komisji profesorskich, darmowych sanatoriów oraz pierwszeństwa w przydziale kwater. Małżeństwu przyznano pokój numer 50 przy Zaułku Milutińskim 18. Choć była to tylko komunałka, w realiach przeludnionej Moskwy uchodziła za warunki wyjątkowo komfortowe. Karta katorżnicza czyniła z szewca szanowanego weterana rewolucji, chroniąc na jakiś czas rodzinę przed nędzą. 

Marcin rzadko opuszczał budynek. Przez okno pokoju spoglądał na dawny polski kościół, słuchając gwaru dochodzącego z Klubu Polskiego. Filipina, młodsza od męża o jedenaście lat, trwała przy nim niezłomnie. Cenę za materialny dostatek płacili jednak wysoką – żyli w narastającej izolacji, odcięci od Warszawy, w której zostały ich dorosłe dzieci.

Z czasem wokół nich zaczęła gęstnieć atmosfera strachu. Radziecki aparat bezpieczeństwa coraz mocniej zaciskał pętlę wokół dawnych rewolucjonistów, a w korytarzach przy Zaułku Milutińskim sny o wolności ustępowały miejsca szeptom o kolejnych aresztowaniach. Marcin nie dożył jednak najgorszego. 6 lipca 1934 roku zmarł na zapalenie płuc w wieku 75 lat. Jego ciało, zgodnie z nową, bezduszną radziecką modą odrzucającą religijne pochówki, poddano kremacji, a urnę złożono na Cmentarzu Wwiedieńskim.

Filipina została sama w pustym pokoju. Urzędnicy sprawnie przepisali na nią część renty męża w wysokości 125 rubli, ale pieniądze straciły znaczenie. Wokół niej szalał już wielki terror – w 1935 roku władze zlikwidowały Towarzystwo Katorżników, a jego członków zaczęto uznawać za wrogów ludu. Osaczona przez strach, samotność i tęsknotę, Filipina zamknęła oczy na zawsze w pierwszych dniach lipca 1935 roku, niemal dokładnie rok po śmierci męża.

W listopadzie 1935 roku, gdy w Moskwie trwało już masowe czyszczenie kartotek po dawnych polskich działaczach, zarządca domu podszedł do biurka. Wziął czysty formularz zaświadczenia meldunkowego i wpisał krótkie, biurokratyczne zdanie, które ostatecznie zamknęło historię tej miłości i walki: „Mieszkanie nr 50. Wymeldowana z powodu śmierci”. Pokój opustoszał, a teczka państwa Zakępskich trafiła na półkę archiwum NKWD.

Czerniowce

Najstarszy syn Romana Jana Broczkowskiego i Teofili Przybylskiej wbrew rodzinnym zwyczajom na chrzcie dostał tylko jedno imię – Konstanty. 

Urodzony 1 grudnia 1859 w Krasnymstawie Konstanty - wzorem ojca i dziadka - został kominiarzem. Egzamin czeladniczy zdał chyba w Zamościu i około 1880 roku wyjechał, tak jak wtedy tysiące Polaków, do Księstwa Bukowiny. 

W rodzinie przetrwała opowieść o tym, że Kostek działał w Zamościu w konspiracji. Ostrzeżono go, że jest obserwowany i chcąc uniknąć aresztowania i zesłania, ukrył się w zakładzie kominiarskim w Czerniowcach. Jego życie opisałam w tekście Kominiarze. 

Z małżeństwa z Albiną Zięba urodziło się ośmioro dzieci. 

1886 - Helena Emilia 

1887 - Michalina Stefania 

1888 - 1943 Roman Jan 

1890 - 1890 Kazimierz 

1891 - 1917? Ludwik Aleksander 

1893 - po 1951 - Kazimiera Maria zwana Kazią 

1895 - Emila Teofila zwana Milą 

1898 - 1961 Konstanty Emanuel 

Znam losy tylko niektórych z nich. 

W czasie I wojny światowej o synów upomniała się armia Austro-Węgier. 

Roman Jan dostał powołanie jako pierwszy - 5 sierpnia 1914 roku. 

Absolwent średniej szkoły rolniczej w 1918 roku po klęsce Austrii trafił do obozu La Mandria di Chivasso i w randze porucznika Wojska Polskiego w wojnie bolszewickiej służył w szpitalu w Żółkwi. Potem pracował jako sekretarz ziemski w Kielcach. Ślub wziął w Radomiu. 

Młoda para zamieszkała w Warszawie przy ul. Filtrowej 68 m 122, w budynku wybudowanym dla pracowników PKO. Wiosną 1939 roku dostał pozwolenie na budowę domu w gminie Skorosze. Te plany przekreśliła II wojna światowa. 

Jego syn Jerzy zginął w Powstaniu Warszawskim. Miał wtedy 17 lat.

 Ludwik Aleksander walczył w oddziale dragonów w Bukowinie. W styczniu 1915 został ranny i dostał się do rosyjskiej niewoli. Trafił do obozu jenieckiego w miejscowości Mokszany (Rosja, obwód penzeński) – prawie 2 tys. km od domu. Siedem miesięcy później ślad po nim zaginął. 

Konstantyn Emanuel też został ranny, ale na szczęście wrócił do rodzinnych Czerniowiec. Został kominiarzem i w 1925 roku ożenił się z Amalią Tomczyńską. Po II wojnie światowej jako repatriant wrócił do Polski z żoną i trzema córkami. Osiedlił się w Prudniku i tu zmarł w 1961 roku. 

O córkach Albiny i Konstantego mam mniej informacji. 

Kazimiera Maria wyszła za mąż za Jerzego Rapfa, którego rodzina nazywała Izio. Spędzili wiele lat za granicą, gdzie Jerzy pełnił funkcje konsula i wicekonsula (Czerniowce, Antwerpia, Ostrawa Morawska, Olsztyn i Ełk). Mieli dwoje dzieci, Lidię (1913 - 1971?) i Artura (1914 - 1972). 

W czasie II wojny Rapfowie uciekli z Lidią do Włoch i tam Jerzy zmarł. 

Lidia wychowywała się u sercanek w Krakowie. Wyszła za mąż za lekarza Stanisława Herdera. Tak jak jej rodzice często się przeprowadzała. Ślub wzięła w 1936 roku w Warszawie, potem para zamieszkała w Chełmie, w latach 50. XX wieku się rozwiedli. Z tego małżeństwa urodził się Andrzej Herder (1937 - 2002), który został aktorem i pracował w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi. W Łodzi jest pochowany na cmentarzu Zarzew przy ulicy Lodowej. 

Jak potoczyły się losy Artura Rapfa nie wiem dokładnie. Był repatriantem? Na pewno po II wojnie światowej mieszkał w Opolu. W Opolu osiedliła się także jego matka Kazia. 

Siostra Kazi, Emilia Teofila „Mila” nie wróciła do Polski. Wyszła za mąż za mieszkańca Bukowiny, Rumuna z pochodzenia. Miała dwóch synów: Silvio i Koco (Koko). O ich losach nie mam informacji. 

W moim rodzinnym albumie (jestem prawnuczką Teofili Przybylskiej i Romana Jana Broczkowskiego) zachowały się zdjęcia Mili, Kazi, jej męża Jerzego Rapfa i Artura. Lubię je przeglądać, przywoływać wspomnienia, wyobrażać sobie jak żyli, co czuli, dlaczego zachowywali się tak a nie inaczej...


Kominiarze

Ponad stuletnia tradycja kominiarska w rodzinie jest powodem wielkiej dumy. Gdy go ujrzysz przy kominie, szczęście ciebie nie ominie! Ale warto też pamiętać, że kto przy kominie, ten z głodu nie zginie. Kolejne pokolenia pracowicie budowały pomyślność rodu i wpajały dzieciom odpowiedzialność, poczucie obowiązku i dumę z wykonywanego fachu.

Pierwszy fachowiec pra...dziadek Tomasz Raciborski w Warszawie najpierw pracował jako furman, był też „szynk trzymającym”.
Wybranką jego serca została Józefa Borecka, urodzona 13 marca 1786 roku w Warszawie córka Macieja i Anny Jaworskiej. Ślub odbył się 6 września 1807 roku w parafii św. Andrzeja. (W tej samej parafii ćwierć wieku wcześniej przysięgę małżeńską składali też jej rodzice.)

Antenaci

Dynastia kominiarzy i kilka pokoleń księży greckokatolickich to moi przodkowie. W ich gronie znajdują się też mieszczanie, chłopi oraz jeden szlachcic. W mym DNA tkwią również geny kucharzy, piwowara i szynkarzy.
Pochodzę ze Żnina i Szczebrzeszyna. Jeden z protoplastów przeprowadził całą rodzinę z Warszawy do Lubartowa, inny objechał świat - od Charkowa przez Baku aż po Nowy Jork. Rodowód każdego człowieka to skomplikowane puzzle, składające się z wielu fragmentów. Czasem brakującego elementu szuka się przez wiele lat.
  • 1673 – chłopi Szczebrzeszyn, Marianna Kupij i Szymon Zaliborski
  • 1725? dzwonnik Krzczonów, Antoni Juszczyński
  • 1750 piwowar Sieradz, Bogusław Gumert
  • 1775 prezydent miasta, piwowar, szlachcic Sieradz Andrzej Zwoliński
  • 1762 nobilis Tczów, Grzegorz Eulogus Żabicki
  • 1788 radny miasta Sieradz, Józef Nowicki
  • 1789 kucharz Bytyń, Poznań, Franciszek Kiciński
  • 1790 geometra, sędzia Tarnów, Magierów Pius Ksawery Głodowski
  • 1794 ekonom Goraj, Antoni Podgórski
  • 1795 kupiec z Prus, Żnin, Antoni Ludwik Scharlipp
  • 1800 paroch Uhrusk, Ruda Leśna, Andrzej Kowszewicz
  • 1807 furman, kominiarz Warszawa, Lubelszczyzna Tomasz Raciborski
  • 1811 inspektor więzienia Sieradz, Józef Bobrowski
  • 1813 na dziedzicznej części Tarnawka Józef Borowski
  • 1822 bednarz Kleszczów, Wojciech Kulawiński
  • 1830 kominiarz Krasnystaw, Józef Przybylski

O żołnierzu tułaczu

Konstanty Wojciech Broczkowski 
(12 lutego 1829 - 21 października 1894)
Jego burzliwe dzieje wystarczyłyby na kilka życiorysów. Dzielny żołnierz, gorący patriota i płomienny mówca polityczny chodził z głową w chmurach, ale płaszcz miał w dziurach. W biznesie kompletnie sobie nie radził, kilka razy bankrutował. Szukał szczęścia w Anglii i USA, bo w ojczyźnie go nie znalazł. 
W kociołkach nad ogniskami obficie parował i głośno bulgotał groch. Obok w saganach dochodziła kasza. Po obozie rozchodził się słodki zapach papryki i smażonej cebuli. Głodny Konstanty tupał w miejscu z niecierpliwości i żeby choć trochę się rozgrzać.
Nowiutki mundur nie chronił go przed wszechobecną wilgocią i przenikliwym wiatrem, choć tu – nieco na północ od Temeszwaru (dziś Timisoara) – nie było tak zimno, jak w ojczyźnie.
By zająć czymś umysł, myślami przeniósł się do Lwowa. W ten przedświąteczny czas 1848 roku na pewno zjechała się cała rodzina. Czy rodzice kupili już drzewko? Kto im miód do kutii dobierze, cwibaki i torty upiecze?

rodzice Romana Jana Broczkowskiego

Józef Broczkowski (1788? – między 1843 a 1854)
Barbara Głodowska (1793? – 22 czerwca 1854)

 Ślub 3 lipca 1809, parafia Magierów obwód lwowski 

(W tym samym 1809 roku w Magierowie polskie oddziały armii Napoleona rekwirowały zboże i bydło oraz werbowały ludzi)

 Ex aula Biała Murowana
D(ominus) Josephus Broczkowski actuarius dominii Magierów – 21 lat
Barbara Głodowska judicis filia nob(ilis ) – 16 lat
Testes:
M(agnificus) D(ominus) Adalbertus Pawłowski, possessor in Zamek
M(agnificus) Georgius Macewicz*, commissarius dominii Magierów
* Barbara Macewicz w sierpniu 1810 z Ksawerym Głodowskim są chrzestnymi, w 1811 matką chrzestną Izydora