Teczka nr 5088: pokój numer 50
Pod szewskim kopytem (Warszawa 1891–1910)
Wrześniowa niedziela 1891 roku w Warszawie była pogodna i słoneczna. Wprawdzie rosyjski zaborca używał kalendarza juliańskiego, według którego wypadał wtedy wtorek, ale Polacy żyli własnym rytmem. Późnym popołudniem do kościoła pw. Matki Bożej Loretańskiej na Pradze zbliżał się mały orszak weselny.
Panu młodemu towarzyszyli tylko siostra oraz koledzy po fachu – tak jak on, szewcy. Rodzice nie zdołali przyjechać z jego rodzinnej Stężycy nad Wisłą. Panna młoda przyszła z matką, ponieważ jej ojciec już nie żył. Mogła jednak liczyć na wsparcie trzech braci: kolejarza oraz dwóch rzeźników. Matka dziewczyny ze wzruszeniem rozglądała się po wnętrzu świątyni, w której trzy dekady wcześniej sama stała przed ołtarzem. Trzydziestoletni Marcin Zakępski, mężczyzna o silnych, urobionych rękach, wsunął obrączkę na palec dziewiętnastoletniej Filipiny Eleonory. Byli młodzi, pełni nadziei i gotowi na wspólne życie.
Warszawa przełomu wieków była miastem kontrastów. Eleganckie salony sąsiadowały tu z nędznymi, robotniczymi czynszówkami, w których rodził się bunt. Marcin od początku angażował się w walkę o prawa robotnicze i sprawiedliwość społeczną; o wolności ojczyzny myślał wtedy mniej.
W ich małym mieszkaniu na Pradze szybko zrobiło się za ciasno. Jako pierwsza na świat przyszła Eugenia. Gdy Filipina spodziewała się kolejnego dziecka, rodzina mieszkała już po drugiej stronie Wisły. W parafii św. Trójcy na Solcu małżonkowie ochrzcili kolejne dzieci: Michalinę, Bolesława i Felicję.Marcin, choć codziennie pochylał się nad szewskim kopytem, szyjąc i naprawiając buty, myślami był gdzie indziej. W płatach garbowanej skóry i pojemnikach z klejem ukrywał ulotki Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL). Zakład szewski stanowił idealną przykrywkę dla podziemnej działalności. Stukot młotka zagłuszał rozmowy o rewolucji i obaleniu cara. Marcin zaangażował się w konspirację, pomagał organizować manifestacje w 1905 roku i kolportował nielegalną prasę.Wszystko zmieniło się w 1910 roku. Nagły łomot do drzwi, carscy żandarmi, rewizja i krzyk przerażonych dzieci zakończyły ten etap ich życia. Marcin został aresztowany.
Droga na kraniec świata (Syberia, 1911–1919)Proces w 1911 roku był krótki. Wyrok brzmiał: osiem lat ciężkiego więzienia za udział w spisku dążącym do obalenia ustroju państwa oraz za udział w strajkach w latach 1905–1907. Carska łaska zamieniła jednak katorgę na bezterminowe osiedlenie na Syberii. Po roku spędzonym w dusznej celi X pawilonu warszawskiej Cytadeli Marcin ruszył w drogę do guberni irkuckiej. Na Dworcu Petersburskim (dzisiejszy Dworzec Wileński) wraz z kilkuset innymi więźniami został umieszczony w wagonach typu „stołypinka”, w których przedziały były odizolowane od korytarza strażników grubymi kratami.
Trasa wiodła przez Moskwę i tamtejsze więzienie Butyrki, a następnie przez Samarę, Ufę, Czelabińsk – zwany wrotami Syberii – aż do Irkucka. W więzieniach etapowych skazańcy spędzali od kilku dni do kilku tygodni w zatłoczonych celach, czekając na sformowanie kolejnego pociągu jadącego na wschód. Podróż z Warszawy do Irkucka trwała zazwyczaj od sześciu do dziesięciu tygodni.
Z Irkucka Marcin i inni zesłańcy kierowani nad Lenę i Witim musieli pokonać ostatni, najtrudniejszy odcinek. Więźniów pędzono Traktem Jakuckim na północ, do przystani rzecznej w Kaczugu lub Ust-Kucie. Stamtąd wiosną lub latem ładowano ich na ogromne, drewniane barki, zwane pauzkami, które prąd rzeki niósł w stronę Jakucji. W ten sposób transporty docierały bezpośrednio do osady Witim. Zimą ten sam odcinek pokonywano saniami po zamarzniętym korycie rzeki.
Filipina została w Warszawie sama z dziećmi. Najstarsza córka, Eugenia, w 1912 roku była już mężatką i pracowała jako krawcowa, ale jej własna skromna pensja nie pozwalała na wsparcie matki. Filipina słała do władz rozpaczliwe prośby i w końcu dopięła swego. Gubernator wydał zgodę, by dołączyła do transportu zesłańców i zamieszkała z mężem. W „Gazecie Porannej 2 Grosze” z marca 1913 roku ukazało się ogłoszenie informujące, że Zakępska z czworgiem dzieci zostanie przesłana etapem do Irkucka na koszt skarbu państwa. Dzieci było czworo, ponieważ choć Eugenia została w Warszawie, na świat przyszła najmłodsza córka, Irena.
Filipina spakowała skromny dobytek, wzięła za ręce Michalinę, Bolesława oraz czteroletnią Felicję, przytuliła niemowlę i ruszyła w drogę. Jechały tygodniami pociągami dla skazańców, cierpiąc głód. Zgodnie z przepisami kolejowymi przysługiwało im dziennie niespełna kilogram ciężkiego chleba, sól i wrzątek. Poza tym otrzymywały od 10 do 15 kopiejek diety dziennej, za które na stacjach kupowały mleko, słoninę, warzywa i prasowaną herbatę w kostkach. Ciepłą strawę, najczęściej kapuśniak lub kaszę, dostawały tylko w więzieniach etapowych.
W końcu Filipina dotarła do męża, do osady Witim nad potężną Leną. W surowym klimacie, gdzie temperatura zimą spadała poniżej minus 45 stopni Celsjusza, rodzina znowu była razem. Marcin utrzymywał bliskich, naprawiając buty miejscowym Jakutom oraz licznym polskim zesłańcom. W chatach pachnących cedrowym drewnem rzemiosło pozwoliło im przetrwać kolejne lata, wybuch wielkiej wojny oraz upadek caratu w 1917 roku.
Czerwona Moskwa i powrót do Warszawy (1919–1926)
Po rewolucji 1917 roku dawny porządek przestał istnieć. Dla radykałów i dawnych działaczy podziemia, takich jak Marcin, otworzyły się nowe możliwości. W 1919 roku wstąpił do partii bolszewickiej. Rodzina opuściła Syberię i przeniosła się do Moskwy, która stała się nową stolicą radzieckiego państwa. Do nowego domu nie dotarli jednak w pełnym składzie – najmłodsza córka, Irena, zmarła jeszcze przed opuszczeniem Syberii.
Jako zasłużony robotnik i konspirator Marcin otrzymał pracę oraz przydział kwatery w Centralnym Klubie Polskim, mieszczącym się przy Zaułku Milutińskim 18. W tamtym okresie Moskwa zmagała się z głodem i kryzysem mieszkaniowym, a dawne czynszówki masowo zamieniano na przeludnione mieszkania komunalne – tak zwane komunałki. W tych surowych realiach gmach przy Zaułku Milutińskim, dawna siedziba polskiego Towarzystwa Dobroczynności, oferował Zakępskim warunki wręcz luksusowe. Marcin nie tylko tam mieszkał, ale i pracował, dbając o codzienne funkcjonowanie ośrodka. Córki Michalina i Felicja mogły regularnie chodzić do szkoły. Z kolei syn Bolesław, w latach 1921–1922, przez czternaście miesięcy uczył się w szkole oficerskiej Armii Czerwonej.
Sam budynek tętnił życiem i był rewolucyjnym tyglem. W gmachu nieustannie organizowano wiece, działała tu komunistyczna biblioteka, czytelnia, stołówka oraz teatr robotniczy, a korytarze pełne były kurierów, agitatorów i uchodźców z ziem polskich.
Mimo stabilizacji i wysokiej pozycji społecznej, tęsknota za krajem oraz pozostawioną w Warszawie najstarszą córką, Eugenią, okazała się silniejsza. W 1922 roku spakowali walizki i wraz z Michaliną, Bolesławem i Felicją ruszyli w drogę powrotną do niepodległej Drugiej Rzeczypospolitej.
Rzeczywistość w Warszawie okazała się jednak trudna. Dla polskich urzędników dawny działacz SDKPiL, którego syn spędził ponad rok w bolszewickiej szkole oficerskiej, był człowiekiem skrajnie podejrzanym.
Marcin zmagał się z nieufnością otoczenia, brakiem stałego zarobku i pogarszającym się zdrowiem. Po czterech latach stawiania czoła ubóstwu, w 1926 roku małżonkowie podjęli decyzję o powrocie do Związku Radzieckiego. Czekały tam na nich gwarantowane przez państwo przywileje, bezpieczne lokum oraz specjalna emerytura dla zasłużonych rewolucjonistów. Państwo Zakępscy wyjechali do Moskwy na zawsze.
Ostatnia kwatera
Powrót do Moskwy był początkiem ostatniego rozdziału. Marcin miał sześćdziesiąt sześć lat. Czas spędzony w carskich więzieniach i surowy, syberyjski klimat bezpowrotnie odebrały mu zdrowie. Lekarze z Gubernialnego Biura Ekspertyzy Lekarskiej stwierdzili u niego uwiąd starczy, zaawansowaną miażdżycę tętnic, zaleczoną gruźlicę oraz postępującą ślepotę prawego oka. Urzędnicy uznali go za inwalidę drugiej grupy, odnotowując w aktach: „Z powodu starości i choroby niezdolny do pracy”.
Państwo pamiętało jednak o jego dawnych zasługach. Towarzystwo Katorżników wywalczyło dla niego prestiżową rentę personalną – początkowo wynoszącą 75, a z czasem 150 rubli. Było to świadczenie wyjątkowe, jako że przeciętna radziecka emerytura robotnicza wynosiła wtedy zaledwie 30–40 rubli. Jako członek Towarzystwa, Marcin zyskał też prawo do bezpłatnych leków, opieki komisji profesorskich, darmowych sanatoriów oraz pierwszeństwa w przydziale kwater. Małżeństwu przyznano pokój numer 50 przy Zaułku Milutińskim 18. Choć była to tylko komunałka, w realiach przeludnionej Moskwy uchodziła za warunki wyjątkowo komfortowe. Karta katorżnicza czyniła z szewca szanowanego weterana rewolucji, chroniąc na jakiś czas rodzinę przed nędzą.
Marcin rzadko opuszczał budynek. Przez okno pokoju spoglądał na dawny polski kościół, słuchając gwaru dochodzącego z Klubu Polskiego. Filipina, młodsza od męża o jedenaście lat, trwała przy nim niezłomnie. Cenę za materialny dostatek płacili jednak wysoką – żyli w narastającej izolacji, odcięci od Warszawy, w której zostały ich dorosłe dzieci.
Z czasem wokół nich zaczęła gęstnieć atmosfera strachu. Radziecki aparat bezpieczeństwa coraz mocniej zaciskał pętlę wokół dawnych rewolucjonistów, a w korytarzach przy Zaułku Milutińskim sny o wolności ustępowały miejsca szeptom o kolejnych aresztowaniach. Marcin nie dożył jednak najgorszego. 6 lipca 1934 roku zmarł na zapalenie płuc w wieku 75 lat. Jego ciało, zgodnie z nową, bezduszną radziecką modą odrzucającą religijne pochówki, poddano kremacji, a urnę złożono na Cmentarzu Wwiedieńskim.
Filipina została sama w pustym pokoju. Urzędnicy sprawnie przepisali na nią część renty męża w wysokości 125 rubli, ale pieniądze straciły znaczenie. Wokół niej szalał już wielki terror – w 1935 roku władze zlikwidowały Towarzystwo Katorżników, a jego członków zaczęto uznawać za wrogów ludu. Osaczona przez strach, samotność i tęsknotę, Filipina zamknęła oczy na zawsze w pierwszych dniach lipca 1935 roku, niemal dokładnie rok po śmierci męża.
W listopadzie 1935 roku, gdy w Moskwie trwało już masowe czyszczenie kartotek po dawnych polskich działaczach, zarządca domu podszedł do biurka. Wziął czysty formularz zaświadczenia meldunkowego i wpisał krótkie, biurokratyczne zdanie, które ostatecznie zamknęło historię tej miłości i walki: „Mieszkanie nr 50. Wymeldowana z powodu śmierci”. Pokój opustoszał, a teczka państwa Zakępskich trafiła na półkę archiwum NKWD.